W ramach kampanii Zakładnicy Systemu prezentujemy historie osób, które były umieszczone w ośrodku strzeżonym dla cudzoziemców w Polsce. 

Dziękujemy naszym rozmówcom, za to, że podzielili się z nami swoimi, nieraz bardzo osobistymi, przeżyciami.

Imiona i niektóre fakty z życia bohaterów opisanych historii zostały zmienione. Z uwagi na swoje bezpieczeństwo nasi rozmówcy chcą pozostać anonimowi.

Historii wysłuchała Magdalena Olga Olszewska, ilustracje przygotował Daniel Chmielewski.

Hamid →
Yoofi →
Raisa →
Malika →
Nyan →


Historia Hamida

Najstarszy syn bardzo rzadko wychodził z pokoju. Ciągle leżał na łóżku z głową pod kocem, a na widok strażników trzęsły mu się ręce i nogi, ale nie uciekał, tylko go tak jakby wbijało w ziemię.

W kraju prowadziłem sklep. Nie mam pojęcia, jak tam wygląda teraz. Sklep zamknąłem i zostawiłem, jak mnie wtedy zabierali. Byli ze służby bezpieczeństwa, wiem, bo jeden nawet machnął legitymacją. Mówili, że chcę wywołać w kraju wojnę, że zachęcam do zamieszek. Ja się pod tym nie podpisałem, więc zamknęli mnie na kilka tygodni.

Wszystko dlatego, że z ciekawości poszedłem kiedyś na zebranie opozycyjnej partii. Potem chodziłem już dość często, aż w końcu zacząłem wspierać jej działania. Chcieliśmy coś zmienić, bo u nas wszystko zależy od łapówek. Zresztą za łapówkę mnie później wypuścili. Nie wiem, ile jeszcze bym wytrzymał, gdyby wujek nie wpłacił za mnie tych pieniędzy. Nie jestem w stanie o tym opowiadać.

Wszystko dlatego, że z ciekawości poszedłem kiedyś na zebranie opozycyjnej partii. Potem chodziłem już dość często, aż w końcu zacząłem wspierać jej działania. Chcieliśmy coś zmienić, bo u nas wszystko zależy od łapówek. Zresztą za łapówkę mnie później wypuścili. Nie wiem, ile jeszcze bym wytrzymał, gdyby wujek nie wpłacił tych pieniędzy. Nie jestem w stanie o tym opowiadać.

Żona przeraziła się, kiedy mnie zobaczyła, cały byłem posiniaczony. Płakała, od razu wiedziała, że musimy uciekać, nie musiałem jej nawet przekonywać. Zwłaszcza że nasz najstarszy, dziesięcioletni syn niedawno został napadnięty przez funkcjonariuszy. Przybiegł do domu, nic nie chciał mówić i tylko się trząsł.

Wyjechaliśmy natychmiast, jak tylko byłem w stanie normalnie się poruszać. Uciekaliśmy przez Rosję, a na Ukrainie zatrzymaliśmy się przy polskiej granicy. Odbiliśmy się od niej kilkadziesiąt razy. Za każdym razem wstawaliśmy wcześnie rano, pakowanie rzeczy, klucz w recepcji hostelu i szliśmy do granicy z całą gromadką dzieci. Żona z najmłodszym, trzyletnim, na rękach, bo się szybko męczył, a ja niosłem bagaż. Kiedy przychodziła nasza kolej, tłumaczyłem naszą sytuację, prosiłem o status uchodźcy, ale zawracali nas na Ukrainę. Po południu próbowaliśmy jeszcze raz, a potem znów meldowaliśmy się w tym samym hostelu na jedną noc. Po dwóch miesiącach wreszcie nas przepuszczono.

Pamiętam, że jak nas wieźli samochodem, patrzyłem przez okno i po raz pierwszy od dawna czułem się spokojny. Stary świat pozostawiliśmy za sobą.

W sądzie czuliśmy się z żoną niepewnie, togi zrobiły na nas wrażenie. Tłumacz, którego nam przydzielono na czas rozprawy, przekazał pytanie, czy chcemy, żeby nas odwieźli do ośrodka dla cudzoziemców. Oczywiście chcieliśmy, wiedzieliśmy, że taki jest pierwszy krok dla uchodźców w nowym kraju. Nikt nas wtedy nie uświadomił, że chodzi o zamknięty ośrodek, strzeżony.

Trafiliśmy do budynku ogrodzonego płotem z blachy, sporo wyższym niż ja, będzie ponad dwa metry. Szczyt miał przechylony do wewnątrz, a na górze drut kolczasty i kamery co kawałek. Od ściany do blachy było niewiele miejsca, ale zmieścił się mały plac zabaw. Nasze młodsze dzieci się na nim bawiły, bo nas tam trzymali ponad pół roku.

Najstarszy syn rzadko wychodził z pokoju. Ciągle leżał na łóżku z głową pod kocem, a na widok strażników trzęsły mu się ręce i nogi, ale nie uciekał, tylko go tak jakby wbijało w ziemię. To był ten, co go wtedy napadli. Dostaliśmy pomoc dziecięcego psychologa. Jedna strażniczka sama to zaproponowała, jak zobaczyła, co się z naszym małym dzieje, kiedy ich widzi. Bo oni nie byli agresywni.

Myśmy z żoną też byli w kiepskim stanie, ale nie mogliśmy włożyć głowy pod koc. Najbardziej się rozsypywałem, jak mnie dzieci prosiły o jakiś owoc, choćby do podziału na cztery, a ja nie mogłem nic zrobić. W ogóle nic nie mogłem.

Marzę o tym, żeby żona mogła bezpiecznie wychodzić sama z domu i wszystko sama załatwiać, a gdyby chciała, to znaleźć pracę, jaka by jej się podobała. Dla siebie bym chciał pracę kierowcy w Polsce. Jeden z synów chciałby kiedyś zostać lekarzem, a pozostałe na zmianę planują być a to programistami, a to piłkarzami, a to muzykami. Ale najważniejsze, żeby dały sobie radę ze wspomnieniami. A ani teraz, ani w dorosłym życiu, nie budziły się w nocy zlane zimnym potem, tak jak ja.


Historia Yoofiego

Najgorsze jest czekanie. Czekasz, czekasz, czekasz. To gorsze niż więzienie, nie wiesz, za co siedzisz ani jaki jest wyrok. Widziałem dorosłych facetów leżących na podłodze i płaczących, bo nie wiedzieli co z nimi będzie. Jeden powiedział mi, że wolałby już nie żyć  – o życiu w zamkniętym ośrodku dla cudzoziemców opowiada młody piłkarz – imigrant z Ghany.

Jestem z Ghany, z koczowniczego plemienia. Przenosimy się z miejsca na miejsce poszukując jak najlepszych pastwisk dla naszych krów. Taka krowa jest u nas często warta więcej niż życie człowieka. Grasują uzbrojone bandy, które  kradną bydło rolnikom i takim jak my nomadom, a jak ci stawiają opór, leje się krew.

Widziałem, jak zabili mojego kuzyna. Miał wybuchowy temperament, próbował walczyć i roztrzaskali mu głowę. Nikt o tym głośno nie mówi, nie pisze, bo w Ghanie wszystkie media są państwowe. Poza tym to nikogo na świecie nie interesuje.

Mój tata zmarł, kiedy byłem mały. Mama sama wychowała mnie i braci. Podobno uciekła do Burkina Faso, więc może jeszcze kiedyś się zobaczymy. Nie wiem, gdzie są bracia, obaj zaginęli. Boję się, że nie żyją, bo byli tam, gdzie trwały walki.

Strzał na bramkę

Zawsze chciałem być piłkarzem. Ćwiczyłem od dziecka i wyobrażałem sobie, jak strzelam decydującego gola w meczu o Puchar Świata. Kiedy miałem siedemnaście lat, zauważył mnie agent z Europy i w ten sposób znalazłem się w Mołdawii. Grałem w pierwszej lidze, ale tam nie było przyszłości, więc nie wahałem się ani chwili, kiedy zaproponowano mi wyjazd do Polski.

Dopiero na miejscu zrozumiałem, że człowiek, który miał tu dla mnie znaleźć klub, tylko wyciąga ode mnie pieniądze i nic w mojej sprawie nie robi.

Złożyłem papiery do urzędu o stały pobyt w Polsce i zacząłem sam szukać sobie drużyny. Mieszkałem ze współlokatorem, z którym czasem zaliczaliśmy jakąś imprezę. Kiedyś wyjechaliśmy do innego miasta na urodziny kumpla i wracaliśmy porannym pociągiem. Przysypialiśmy, jak to po imprezie, a tu nagle budzi nas dwóch mundurowych i prosi o dokumenty.

Kajdanki w pociągu

Wtedy dowiedziałem się, że prawie dwa miesiące temu wydano w mojej sprawie negatywną decyzję i od tej pory nie wolno mi być w Polsce. Ale ja nic nie dostałem, żadnego listu, maila, nikt z urzędu do mnie nie dzwonił.

Wykręcili mi ręce do tyłu i założyli kajdanki. Przestraszyłem się, bo nigdy nie miałem kajdanek na rękach, a to bolało. Ludzie w pociągu patrzyli na mnie jak na przestępcę – czarny łobuz złapany i skuty. Wsadzili mnie do vana na pakę i zawieźli na lotnisko, do straży granicznej. Tam przy przeszukaniu rozebrali mnie do naga. Chce mi się beczeć za każdym razem, kiedy to sobie przypomnę. Przecież nie byłem agresywny, współpracowałem.

Na noc zamknęli mnie w areszcie. Tak śmierdziało sikami, że zrobiło mi się niedobrze. Okno było uchylone, ale tylko zimno stamtąd leciało. Był luty, ja w lekkim ubraniu, takim, co to tylko na imprezę i z powrotem. Spałem na betonie, miałem cienki materac i koc. Rano przynieśli kromkę chleba z masłem i herbatę. Ręka mi się przykleiła do kubka.

Powiedzieli, że adwokat się nie należy

Po południu znów mnie rozebrali, a potem zabrali do sądu. Nie miałem adwokata. Powiedzieli, że nie mam do niego prawa, a ja im uwierzyłem.

Po procesie zawieźli mnie do strzeżonego ośrodka dla cudzoziemców. Tam rozebrali mnie do naga po raz trzeci, chyba znowu sprawdzali, czy nie ukryłem broni.

Nie wiem, dlaczego mówią na to ośrodek strzeżony, a nie zwyczajnie więzienie. Można co najwyżej obejść budynek dookoła i wracać. Nasze krowy w Ghanie miały więcej swobody. Strażnicy pilnują cały czas. Jeśli pokłócisz się ze strażnikiem albo ze współwięźniem, mogą uderzyć, skuć i zamknąć w izolatce. To taki ciemny pokój, bez okien, jest w nim tylko łóżko.

Jedzenie jest nawet w porządku i na czystych naczyniach, ale porcje nie wystarczyłyby nawet kobiecie, a co dopiero młodemu chłopakowi jak ja. W nocy, jeśli po wizycie strażników udaje się przysnąć, często budzi głód. Śniadanie o dziewiątej, ciężko doczekać, ludzie chodzą po korytarzach w tę i z powrotem. Najlepiej zabrać na zapas do pokoju trochę chleba ze stołówki. Schudłem w ośrodku z dziesięć kilo.

Najgorsze jest czekanie

I tak najgorsze jest czekanie. Czekasz, czekasz, czekasz. Cały czas czekasz. W sumie może to i gorsze niż więzienie, bo nie wiesz, za co siedzisz ani jaki jest wyrok. Widziałem tam dorosłych facetów leżących na podłodze i płaczących, bo nie wiedzieli co z nimi dalej będzie. Jeden powiedział mi, że wolałby już nie żyć. Ja nie beczałem już więcej nad sobą, nie po tym, jak poznałem ich historie.

Moja sprawa jest w toku. Większość kolegów urwała ze mną znajomość, kiedy trafiłem do ośrodka. Chciałbym jeszcze móc grać w piłkę zawodowo. Startowałbym od początku, od piątej ligi.



Historia Raisy

Nikt tak długo nie siedział w ośrodku detencyjnym w Kętrzynie, jak ja. Kiedy wyszłyśmy, córeczka miała prawie dwa lata. Byłam w zamknięciu i bez żadnej nadziei, że już zaczynałam wariować. Godzinami obejmowałam córkę i płakałam, ale psycholog zawsze mówiła, że nic mi nie jest.

Kiedy miałam szesnaście lat, porwali mnie do małżeństwa. Jak to u nas w Czeczenii – złapali za ręce, zanieśli do samochodu, wpakowali do środka. Nie wiedziałam, co się dzieje, tak szybko to się stało. Teraz wydaje mi się, że to wszystko zaplanowano za moimi plecami. Mama już wtedy dawno nie żyła, ojciec cały czas leżał pijany, jakby go w ogóle nie było. Starsi bracia pewnie chcieli się mnie z domu pozbyć, dogadali się z ciotką.

On był dorosły, miał trzydzieści trzy lata. Byłam maszyną do pracy i łóżka. Czasem udawało mi się pójść na zajęcia do szkoły, ale nieczęsto, bo musiałam sprzątać, gotować i zajmować się jego niepełnosprawnym synem. Po roku odwiedziła mnie ciotka, siostra ojca. Byłam blada i bardzo słaba. Ciocia poszła porozmawiać z matką mojego męża. Wyszła z tego wielka awantura i w końcu mnie stamtąd zabrała. Dostałam rozwód.

Kazał mi zrobić aborcję

Rozwiedziona kobieta raczej nie ma u nas szans, aby powtórnie wyjść za mąż, ale cieszyłam się, kiedy po latach poznałam cudownego, jak mi się wtedy wydawało, człowieka. Wiedziałam, że ma rodzinę, ale miałam nadzieję, że weźmie ze mną chociaż taki nasz muzułmański ślub. Kiedy zaszłam w ciążę, kazał mi zrobić aborcję. Straszył, że mi coś zrobi, jak nie usunę. Nie mogłam z tym iść na policję, u nas policja też jest przeciwko takim jak ja.

Urodzić dziecka spoza małżeństwa kategorycznie u nas nie wolno. Większe przewinienie urodzić bękarta niż zrobić aborcję. To jest niemoralne i taki wstyd dla rodziny, że ja powinnam za to umrzeć. U nas się za to kobiety zabija i to jest normalne. Na tyle normalne, że nikt się nie dziwi, jak taka kobieta znika, i nikt jej nie szuka i tego nie zgłasza.

Oficjalnie to są zaginięcia, chociaż każdy wie, że to mąż, ojciec albo brat zabił ze wstydu. Tylko tak można zmyć hańbę z honoru rodziny. Musiałam uciekać, zanim bracia odkryją, że jestem w ciąży. Bałam się też ojca mojej przyszłej córki.

Byłam w czwartym miesiącu ciąży, kiedy przyjechałam do Europy, do Polski. Na granicy w Brześciu było mnóstwo ludzi. Granicę przeszłam za piątym razem.

Bluzą zasłaniałam brzuch

Zawieźli mnie do ośrodka dla cudzoziemców, z trzema innymi dziewczynami w jednym pokoju. W ośrodku poznałam pewną kobietę, która powiedziała, że jestem bardzo podobna do jednego takiego Ramzana. Odruchowo odpowiedziałam, że tak ma na imię mój brat. Po prostu to powiedziałam, nie pomyślałam. Dopiero później się złapałam za głowę. Okazało się, że jej córka za niego wyszła.

Mam taką dużą, szeroką bluzę z zamkiem. Od tej pory cały czas ją nosiłam, żeby nie było widać brzucha. Nie było łatwo ukrywać, bo nie byłam sama w pokoju. Brzuch mi rósł, a ja z każdym tygodniem coraz bardziej się bałam. W końcu uciekłam do Niemiec. Były jeszcze inne kobiety, co tam jechały, i ja pojechałam z nimi.

W Niemczech nikt mnie nie rozpoznał, ale po ośmiu miesiącach deportowali mnie do Polski, z półroczną już córeczką.

Droga trwała trzy doby. Po przekroczeniu granicy zawieźli nas najpierw do innego ośrodka, gdzie nocowałyśmy, cały czas pod kamerą. Później jechaliśmy i jechaliśmy. Tak długo, że obie płakałyśmy ze zmęczenia.

Zdjąć ubranie i przykucnąć

Trzy razy zmieniali samochód i za każdym razem przeszukiwali. Na granicy, przed noclegiem i w Kętrzynie. Gdziekolwiek nas przywieźli, kazali zdjąć ubranie i przykucnąć. Przeszukiwali też torbę, już im mówiłam, czego wy tam szukacie, jak ja nic nie mam, a weźcie to sobie i dajcie mi spokój.

W zamkniętym ośrodku mieszkałam rok i pięć miesięcy. Na początku nie chciałam przyjąć do wiadomości, że jestem zamknięta, buntowałam się. Strażnicy kazali iść do pokoju, ja z powrotem wychodziłam na korytarz. Nie dało się zrobić kroku bez nadzoru. Chcesz iść z dzieckiem na dwór, chociaż na chwilkę, idzie za tobą strażnik. Idziesz do łazienki, śledzi cię kamera.

Zaczynałam wariować

Nikt tak długo nie siedział w ośrodku detencyjnym w Kętrzynie jak ja. Kiedy wyszłyśmy, córeczka miała prawie dwa lata. Ja tam byłam tak długo, w zamknięciu i bez żadnej nadziei, że już zaczynałam wariować. Godzinami obejmowałam córkę i płakałam, ale psycholog zawsze mówiła, że nic mi nie jest.

W otwartym ośrodku jest lepiej, można wychodzić, tylko nie ma po co. Chciałabym dać dziecko do przedszkola, pójść do pracy, ale mi nie wolno. Bardzo ciężko jest wytrzymać cały czas w tym jednym pokoju.

Zdarza się, że budzę się z myślą, że wszystko się ułoży, wszystko uda. Ale najczęściej zmuszam się, żeby wstać z łóżka tylko dlatego, że muszę zadbać o córeczkę. Jestem wtedy jakby oderwana od rzeczywistości, taka skołowana, i działam mechanicznie jak robot. Kiedyś strażnik w mundurze przyszedł tu do ośrodka. Zamknęłam się w toalecie z córką i zapłakana dzwoniłam do SIP. Byłam przerażona, że już po nas przyszli, żeby deportować.

Jeśli deportują, to zginiemy

Co będzie? Nie wiem. Cztery lata tak myślę i nie wiem. Pewnie deportują, odeślą nas Moskwy. Wysiądę z dzieckiem z samolotu i co dalej? W którą stronę pójść, co ze sobą zrobić? Bez zameldowania nikt mnie nie weźmie do pracy, dziecko nie dostanie opieki lekarskiej, a ja się zameldować nie mogę. Do Czeczenii zawsze idzie informacja, gdzie kto zameldowany, takie są przepisy. A my musimy zniknąć, bo inaczej moja rodzina albo jej ojciec nas znajdzie.


Historia Maliki

Ponad pół roku po wyjściu na wolność syna wciąż męczą koszmary. Niemal każdej nocy budzi się z płaczem. Najczęściej śnią mu się zamaskowani mężczyźni, którzy go biją. Ja też często mam złe sny. Tracę wtedy oddech, śni mi się, że ktoś mnie dusi i to jest zawsze polska straż graniczna” – opowiada Czeczenka, którą wraz z rodziną polskie władze chcą deportować.

W Czeczenii mieszkaliśmy w domu z ogrodem pełnym drzew owocowych: brzoskwiń, nektarynek, jabłek i orzechów. Mąż pracował jako taksówkarz, ja uczyłam angielskiego w szkole podstawowej i dodatkowo udzielałam korepetycji. Nie byliśmy specjalnie zamożni, ale nie musiałam się martwić, czy będę miała co dać dzieciom na obiad, tak jak to się zdarza teraz. Byliśmy zwyczajną rodziną – opowiada Malika.

Nagle, kilkanaście lat po wojnie [czeczeńskiej], kiedy wydawało się, że można już u nas żyć bez lęku, wszystkich mężczyzn w rodzinie męża służby uznały najwyraźniej za potencjalne zagrożenie. Jego starszy brat i kuzyn brali udział w drugiej wojnie czeczeńskiej.

Najpierw zabili kuzyna. Potem tego brata zabierali, bili, katowali, aż nie wytrzymał i umarł. Potem zabili drugiego brata. I męża zaczęli zabierać. Wpadali w nocy, nawet po dziesięciu naraz. Mieli czarne maski, żadnych oznaczeń na mundurach.

Syn miał już siedem lat i dużo rozumiał. Widział, jak wyłamali drzwi domu, jak rzucają tatę na podłogę, kopią, a potem ciągną do pokoju. Słyszał odgłosy uderzeń i jak tata wyje z bólu. Potem nagle zapadała cisza.

Powiedziałam mu, że mam już dość strachu

Nigdy nie wiedziałam, gdzie mąż jest i czy jeszcze wróci. Kiedy go zabierali ostatni raz, byłam w ciąży podwyższonego ryzyka. Nie wiem jakim cudem urodziłam zdrowe dziecko. Poznał swojego drugiego syna dopiero prawie rok później.

Kiedy w końcu wrócił, na całym ciele miał blizny i otwarte rany. Powiedziałam, że mam dość, że dłużej tak nie dam rady. Niedługo potem uciekliśmy. To był środek nocy, koniec marca, dość zimno.

Pojechaliśmy samochodem do Moskwy, a stamtąd pociągiem na Białoruś. W Brześciu tłum, a pociąg kursuje raz dziennie, więc wciśniesz się do niego albo nie. Trzeba mieć od razu bilet powrotny, bo jeśli zawrócą na granicy, nie ma gdzie kupić.

Spotykaliśmy ludzi, którzy zawracali tak trzydziesty, czterdziesty raz. Kogo stać, idzie na prywatną kwaterę za 12 euro albo do hotelu za 25. Kogo nie stać, śpi na dworcu.

Mieliśmy nieprawdopodobne szczęście, bo przepuścili nas już za drugim razem. Skierowano nas do ośrodka dla cudzoziemców w Białej Podlaskiej, a później przenieśliśmy się do Warszawy. Syn zaczął tam chodzić do szkoły i szybko nauczył się polskiego. Cieszyłam się, że jest spokojny.

Po odmowie uciekliśmy do Niemiec

Kiedy dostaliśmy negatywną decyzję na nasz wniosek o ochronę międzynarodową i zobowiązanie do wyjazdu z Polski z powrotem do Czeczenii, nikt nam nie powiedział, że to nie musi być koniec, że są procedury odwoławcze. Tak się przeraziliśmy, że uciekliśmy do Niemiec. Teraz wiemy, że to był potężny błąd. Wtedy po prostu spanikowaliśmy.

Po czterech miesiącach w Niemczech odesłali nas do Polski, od razu do strzeżonego ośrodka. Przy każdej przesiadce, a było ich chyba z pięć, męża i mnie brali osobno na przeszukanie. Musiałam zdjąć wszystko, stanik i majtki też. I tak przykucnąć, żeby można było sprawdzić, czy nie schowałam czegoś między nogami. Na szczęście dzieciom ściągali tylko kurtki i buty. To był zimny wrzesień, martwiłam się, że marzną. Starszy syn przez całą drogę nie przestawał płakać.

Po przyjeździe do ośrodka przeszukali nas ostatni raz. Sprawdzili bagaż, telefon zabrali do depozytu. Dostaliśmy mały pokoik.

Liczyli nas o 8 rano, potem o 19 i 22

Na górze było przedszkole i sala lekcyjna. Jeden nauczyciel dla wszystkich dzieci w różnym wieku we wspólnej klasie. Sama jestem nauczycielką, więc poszłam zapytać, jaki ma plan nauki. Nie miał żadnego.

Jedzenia było dość, tylko ciągle chodziłam je dogotowywać, bo nie chciałam, żeby dzieci jadły półsurowe mięso i twarde ziemniaki.

Liczyli nas o ósmej, dziewiętnastej i dwudziestej drugiej. Nie pukali nawet, tylko otwierali drzwi, liczyli jak barany i szli dalej. Kiedyś spytałam strażnika: A co, gdybym się akurat przebierała? Wzruszył ramionami i wyszedł. Przesunęłam szafę, żeby choć trochę osłaniała.

Starszy syn nie ruszał się z łóżka. Przynosiłam mu posiłki i nocnik. Schudł osiem kilo, zostały z niego tylko oczy i kości. Terminu u psychiatry doczekaliśmy się po trzech miesiącach. Zawieźli nas pod strażą.

Lekarka przepisała antydepresanty i zaznaczyła w dokumentach, że dziecko w takim stanie nie powinno być trzymane w zamknięciu.

Syna wciąż męczą koszmary

Poprosiłam o spotkanie z naczelnikiem. Powiedział: Dzieciak pobierze leki i nic mu nie będzie, niech pani nie przesadza. Napisałam więc oficjalne pismo o zwolnienie. Odpowiedzieli, że to prowokacja. Że to my każemy dziecku cały czas siedzieć w pokoju, żeby wymusić wcześniejsze wyjście.

Tak długo nie dawałam im spokoju, że w końcu zorganizowali kolejną wizytę psychiatryczną. Lekarka znowu napisała, że każdy dzień w ośrodku pogłębia zaburzenia lękowe syna. Wtedy nas wypuścili.

Do tej pory, ponad pół roku po wyjściu na wolność, syna wciąż męczą koszmary. Niemal każdej nocy budzi się z płaczem. Najczęściej śnią mu się zamaskowani mężczyźni, którzy go biją. Ja też często mam złe sny. Tracę wtedy oddech, śni mi się, że ktoś mnie dusi i to jest zawsze polska straż graniczna.

Historia Nyana

W ośrodku co człowiek, to historia. Najwięcej determinacji połączonej z rozpaczą widziałem u tych, którzy dostali się do Polski przez przemytników ludzi. Na ogół sprzedali wszystko, co mieli, niektórzy wydali oszczędności z nawet 15 lat, żeby zapłacić za taki transport po 10 tys. dolarów. Dotarli tutaj w strasznych warunkach, często na granicy wycieńczenia. Z Pakistanu, Afganistanu – to była dla nich droga w jedną stronę. Każdy miał swoje powody i swój strach.

Wychowałem się na pięknej azjatyckiej wyspie uwielbianej przez turystów. To wspaniałe miejsce, ale było mi tam za ciasno. Chciałem zwiedzać świat. Najpierw przez dwa lata studiowałem w Australii, a potem zamarzył mi się wyjazd do Europy. Przyjechałem do Polski w 2007 roku, zrobiłem licencjat, zarabiałem korepetycjami z angielskiego, poznałem dziewczynę, w 2011 urodziła się nasza córka – tak w wielkim skrócie.

Monika źle zniosła ciążę, były komplikacje, cesarskie cięcie. Fatalnie czuła się po porodzie,  nie była w stanie nawet chodzić. Sytuacja była na tyle poważna, że zmieniliśmy mieszkanie na takie tuż przy szpitalu. Zajmowałem się i nią i dzieckiem, które karmiłem, przewijałem, myłem, układałem do snu. Byłem szczęśliwy, że jestem tatą.

Sam zajmowałem się naszym dzieckiem i chorą partnerką, dlatego nie byłem już w stanie jednocześnie studiować. W ten sposób straciłem wizę studencką. Bałem się, że jeśli się z tym zgłoszę, odeślą mnie do mojego kraju, a dziewczyny zostaną bez opieki.

Sam zajmowałem się naszym dzieckiem i chorą partnerką, dlatego nie byłem już w stanie jednocześnie studiować. W ten sposób straciłem wizę studencką. Bałem się, że jeśli się z tym zgłoszę, odeślą mnie do mojego kraju, a dziewczyny zostaną bez opieki. Nie wiedziałem, że mogę się starać o pobyt humanitarny ze względu na życie rodzinne.

Po jakimś czasie Monika poczuła się lepiej i postanowiła wrócić do pracy, a ja zostałem z małą w domu.

W lipcu 2017 r. byłem w Krakowie na starym mieście, kiedy podeszli do mnie policjanci i poprosili o dokumenty. Zwróciłem ich uwagę, bo miałem na sobie za dużo ubrań. Wyszedłem z hostelu wcześnie rano i założyłem kurtkę, dopiero później zrobiło się ciepło. Pomyśleli, że jestem pierwszy raz w Polsce i postanowili sprawdzić, co tu robię. Miałem nieważną kartę pobytu.

W sądzie przedstawiciel straży granicznej powiedział, że nie mogą ustalić mojej tożsamości, bo nie mam ważnego dokumentu. Tak trafiłem do strzeżonego ośrodka w Lesznowoli. Sędzia mówił, że na trzy miesiące. Przesiedziałem dziewięć.

W drodze do ośrodka pytam jednego ze strażników, co teraz powinienem zrobić, a on mi na to: Słuchaj, moja robota odesłać cię do domu, a ty mnie prosisz o radę? Ale potem wyjaśnił, jakie są możliwe warianty rozwoju sytuacji i podał nazwy organizacji pozarządowych, które mogą mi pomóc. Dowieźli mnie późnym wieczorem, już po ciemku i byłem trochę zdezorientowany na widok więziennej bramy i zasieków.

Było nas około czterdziestu mężczyzn zamkniętych na niedużej powierzchni. Kiedy ani na chwilę nie możesz się schować, pobyć samemu, bo cały czas ktoś cię mija, potrąca, rozmawia tuż obok, zaczynasz odczuwać stres terytorialny. Wtedy nawet drobiazg może wyprowadzić z równowagi.

Było nas około czterdziestu mężczyzn zamkniętych na niedużej powierzchni. Kiedy ani na chwilę nie możesz się schować, pobyć samemu, bo cały czas ktoś cię mija, potrąca, rozmawia tuż obok, zaczynasz odczuwać stres terytorialny. Wtedy nawet drobiazg może wyprowadzić z równowagi. Mieliśmy świadomość, że kamery są wszędzie, ale i tak dochodziło do ciągłych sprzeczek i fizycznych starć.

Na czterdzieści osób mieliśmy do dyspozycji cztery komputery. Czasem coś się psuło i jeden nie działał. Każdemu przypadało dziennie około pół godziny dostępu do Internetu. W ciągu tych trzydziestu minut trzeba było odpowiedzieć na maile, skontaktować się z prawnikiem, sprawdzić, co u rodziny, a za plecami masz kolejkę, ktoś cię popędza. Kiedyś jeden Irańczyk spóźniał się z opuszczeniem stanowiska komputerowego. Był po czasie może minutę czy dwie, potrzebował chwili, żeby wysłać wiadomość i wylogować się z poczty. Wielki Nigeryjczyk tak się wkurzył, że doszło do bójki. Czas przy Internecie można było sprzedać za papierosy, trzy do czterech za pół godziny.

Dają ci telefon, stary model bez aparatu fotograficznego, ale musisz mieć swoją kartę SIM. Żeby ją dostać, trzeba się zarejestrować w salonie telefonii komórkowej, więc jeśli ktoś trafi do zamkniętego ośrodka, zanim sobie taką załatwi – bo na przykład przewieziono go tu wprost z granicy – nie może korzystać z telefonu. Ewentualnie ktoś może przesłać taką kartę, ale kto, jeśli jeszcze nikogo w Polsce się nie zna? Wiele osób nie ma kogo poprosić o pomoc.

Zakupy można zamawiać dwa razy w tygodniu. Panie spisują listę i potem przynoszą zamówienie. Nie można jednak korzystać z pieniędzy na koncie, trzeba dać im gotówkę. Nie ma znaczenia, czy siedzisz miesiąc czy rok, wolno ci wydać w sumie 500 zł i ani grosza więcej. To mała kwota, biorąc pod uwagę, że potrzeba kupować dodatkowe jedzenie i – jak w moim przypadku – papierosy. Bardzo oszczędnie wydawałem pieniądze, ale po trzech miesiącach mi się skończyły.

W ośrodku co człowiek, to historia. Najwięcej determinacji połączonej z rozpaczą widziałem u tych, którzy dostali się do Polski przez przemytników ludzi. Na ogół sprzedali wszystko, co mieli, niektórzy wydali oszczędności z nawet 15 lat, żeby zapłacić za taki transport po 10 tys. dolarów. Dotarli tutaj w strasznych warunkach, często na granicy wycieńczenia. Z Pakistanu, Afganistanu – to była dla nich droga w jedną stronę. Każdy miał swoje powody i swój strach.

Ja tylko nie dopełniłem obowiązku administracyjnego, w kraju nie czeka mnie nic strasznego, ale też bardzo boję się odesłania. Nasz związek z Moniką w końcu się posypał, chociaż pozostaliśmy najlepszymi przyjaciółmi. Dostała propozycję awansu i wyjechała z naszą córką na stałe do Niemiec, a ja nie mogłem jechać razem z nimi. To największa cena, jaką zapłaciłem za swoją krótkowzroczność.

Nie mam szans na pobyt humanitarny w Polsce ze względu na dziecko, którego na co dzień tu nie ma. Mógłbym wrócić do swojego kraju, odczekać zakaz wjazdu, i postarać się o wizę. Wtedy jednak musiałbym opisać przebieg swoich poprzednich pobytów w Europie. Jeśli skłamię i to się wyda, a wyda się na pewno, już nigdy do Europy się nie dostanę. Jeżeli napiszę prawdę, że przebywałem tu przez jakiś czas nielegalnie, co skończyło się zamknięciem w detencji, będzie tak samo. Dlatego wciąż odwołuję się od kolejnych sądowych decyzji i wciąż pozostaję w Polsce. Nie mogę dołączyć do córki w Niemczech, nie mogę jej nawet tam odwiedzić, bo musiałbym nielegalnie przekroczyć granicę.  Monika z naszą córką przyjeżdżają do Polski regularnie i dzięki temu mamy stały kontakt nie tylko przez Internet. Żyję od jednej ich wizyty do kolejnej. Nie wolno mi podjąć pracy oficjalnie, a na czarno nie chcę, żeby nie ryzykować. I tak znalazłem się w błędnym kole. Co miesiąc melduję się w Urzędzie do spraw Cudzoziemców na Taborowej w Warszawie. Poza tym całymi dniami snuję się po mieście myśląc o córce.